Blog

Ja jestem ok, ty jesteś ok – czyli jak tworzyć dobre, dojrzałe więzi.

Tworzenie więzi międzyludzkich jest jedną z pierwotnych potrzeb człowieka. To dzięki tworzeniu klanów przetrwał on jako gatunek, a dzięki umiejętności porozumiewania się homo sapiens „usunął” konkurencję. Dlaczego więc dziś cierpimy na lęk przed bliskością, mamy problem z tworzeniem trwałych związków i zaufaniem skoro inaczej nie przetrwamy? Czy spadek dzietności i rosnąca liczna rozwodów nie są przypadkiem związane właśnie z tym lękiem?  Na te pytania próbuje znaleźć odpowiedź Stefanie Stahl w swojej książce „Jak nie bać się bliskości?”

Stefanie Stahl to popularna niemiecka psychoterapeutka specjalizująca się w badaniu więzi. Jej zdaniem, dojrzałe związki oparte na partnerstwie tworzą osoby, które do drugiego roku życia wychowywały się  w poczuciu akceptacji i zaufania. Dzieci, którym rodzice stworzyli aurę poczucia bezpieczeństwa nie w oparciu o zapewnienie jedynie dóbr materialnych, ale przede wszystkim akceptacji „jesteś jaki jesteś i nikt nie zamierza cię zmieniać”, w dorosłym życiu są zdolne do budowania trwałych i silnych relacji. Jak pisze Stahl „Ludzie wyposażeni w bezpieczny wzorzec przywiązania jako dzieci mogli się sprzeciwić, nie obawiając się odmowy miłości lub innych niepokojących reakcji rodziców”.

Czy to oznacza, że aż tylu z nas wychowało się w patologii emocjonalnej? Prawdopodobnie tu właśnie należy szukać przyczyny w dzisiejszym lęku przed budowaniem związków, ale również głębokich przyjaźni. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie to dzieci tzw. pokolenia wojennego, które w Europie weszło w młodzieńczy wiek z traumą. Nikt wówczas nie zapewniał opieki psychoterapeutycznej, musieli radzić sobie sami. Hałasujące i rozbrykane dzieci prawdopodobnie podrażniały i tak nadwątlony system nerwowy, a więc wychowywane były raczej w formie zakazów, nakazów, szybkiej utraty cierpliwości i kar cielesnych. 

Taki system nie wpłynął raczej na ich poczucie bezpieczeństwa więc w dorosłe życie weszli z kolejnymi traumami. I oto dziś jako rodzice popełniają kolejne błędy zebrane ogólnie jako…. nadopiekuńczość. Urodzeni w latach 60. i 70. byli pozostawieni samym sobie, wychowały ich podwórka, karmiły szkolne stołówki. Wypracowali w sobie strategię na „Zosię samosię” czyli sam sobie ze wszystkim poradzę. Ale ponieważ czuli, że brakowało im ciepła i czułości ze strony rodziców, dziś  swoim dzieciom, starają się usunąć wszelkie przeszkody, wychowując z kolei pokolenie depresyjne, zalęknione, a przede wszystkim nie mające zaufania do innych. Stąd, według Stahl, tyle niepewnych stylów przywiązania w pokoleniu współczesnych trzydziesto i czterdziestolatków. Wchodzą oni albo w uzależnienia od innych, szukając akceptacji kosztem własnych potrzeb, albo w system lękowo-unikowy. 

Stahl przytacza szereg przykładów swoich pacjentów uciekających przed podjęciem decyzji o wspólnym zamieszkaniu, małżeństwie czy świadomym posiadaniu dzieci. Dodatkowym, trudnym aspektem  dla tworzenia relacji jest również unikanie otwartej konfrontacji, komunikacji na temat lęków przed bliskością. 

Sporą partię książki poświęca Stahl ludziom o rysie narcystycznym, którzy doznali w dzieciństwie silnej frustracji związanej z niezaspokojeniem bycia akceptowanym, dlatego chcą oni za wszelką cenę uniknąć kolejnego odrzucenia i krytyki. Nawet najmniejsze zwrócenie im uwagi, że coś robią źle (np. wkładają białe pranie razem z czarnym) powoduje różnego rodzaju zachowania „ucieczkowe” począwszy od wycofania się w milczenie aż do agresji słownej lub fizycznej. „Nie są to ludzie źli – pisze Stahl – ale bardzo wrażliwi na wszelką krytykę”. 

Z kolei dzieci, które miały ograniczoną lub odebraną potrzebę decydowania o sobie, jako dorośli mogą postrzegać bliską relację jako kolejne „wodzenie na pasku”, próbę odebrania im niezależności.

W ostatnim czasie fascynują mnie wzorce i strategie jakie przyjęliśmy jako dzieci, a które tak bardzo determinują nasze dorosłe życie. Bardzo polecam pracę z uzdrowieniem wewnętrznego dziecka, której to metodzie Stahl poświęciła osobną książkę. Jeśli bowiem nie uleczymy zaniedbanych potrzeb z okresu dzieciństwa, wchodzimy z nimi w dorosłe życie i niestety, zachowujemy się niedojrzale. A niedojrzały dorosły ma mocno ograniczone możliwości tworzenia trwałych więzi i wychowywania zdrowych mentalnie dzieci.

Na szczęście Stahl poświęca końcowe rozdziały temu jak pracować nad tworzeniem zdrowych więzi. Jak ufnie wchodzić we wszelkie relacje, nie tylko te najbliższe oraz  jak wyjść z wiecznej potrzeby kontroli. Uwielbiana przeze mnie Brene Brown, o której książkach już wiele pisałam, nazywa to „nakładaniem zbroi”. Stahl natomiast idzie dalej bo w prosty i bardzo przystępny sposób opisuje , w których przypadkach jest szansa na zdjęcie tej zbroi, na uleczenie siebie i relacji w jakiej jesteśmy, ale też uczciwie pisze o tym kiedy trzeba sobie odpuścić i zająć się sobą, a nie partnerem. 

Ucieczka w powierzchowne facebookowe relacje, alkohol, narkotyki, albo przeskakiwanie z jednej relacji w drugą to często sygnał do uświadomienia sobie, że być może boję się bliskości. Boję się ponownie być głęboko zranionym, dotkniętym, upokorzonym – tak jak w relacji z pierwszymi spotkanymi ludźmi, rodzicami. Zauważenie takiego sposobu myślenia to już bardzo dużo, to pierwszy krok do wyłapania wzorca. Dalej czeka terapia lub inna forma pracy z zaufaniem do świata, który jest jaki jest, ale na pewno nie składa się wyłącznie z ludzi, którzy chcą nas zranić. 

Bez więzi będziemy robotami, zawładnie nami całkowicie rewolucja technologiczna. Pracujmy więc nad wytworzeniem nowych wzorców, budowania głębokich więzi, które są głęboko zakorzenione w naszej człowieczej  egzystencji. 

Stefanie Stahl „ Jak nie bać się bliskości”
Wydawnictwo Otwarte 

23 czerwca 2021

Go to top

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w polityce prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na “Akceptuję”. AKCEPTUJĘ